Grafomania (z greckiego: "gráphein" – rysować, pisać i "mania" – szaleństwo), patologiczny przymus pisania utworów literackich. Określenie o wydźwięku pejoratywnym.
W większości wypadków pojęcie to dotyczy natręctwa pisarskiego występującego u osób, o których sądzi się, że nie mają odpowiedniego talentu. Jednak grafomania nie musi wiązać się z brakiem predyspozycji pisarskich, może wynikać z rozmijania się z percepcją sztuki i literatury właściwej dla danej epoki. Grafomania jest bardziej zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego.
Jestem, jestem! Żyję, wierzgam i kopię. Nie skapcaniałam doszczętnie, chociaż obuwiem pracowym są teraz japonki założone na skarpetki (piękne połączenie, wiem, ale ciągnie po nogach, jak tak sobie siedzę przy kompie), co powoduje że szpyty wyglądają jak u żółwia ninja.
Zgodnie z definicją Wiki jestem uzależniona od pisania i upowszechniania swoich "utworów". Uzależnienia są ciężkie do wyleczenia, niestety. Nie da rady ciągnąć czegoś, co się zakończyło, ale da radę rozpocząć nowe. Wgodzinachpracy nie jest kontynuacją, bo tę prowadzi Cichy na swoim blogu, dla którego nie zamierzam być konkurencją. Jest za to nowym etapem w moim życiu.
Bo życie po Wielkim Szu istnieje... Czasami jest śmiesznie, czasami mniej. Ale jest.
D&G
Speszyl fenks dla:
- D za wsparcie. Wirtualne, ale było.
- Chłopakom za inspiracje do pisania.
- Wielkiemu Szu za wszystko co dobre i co złe.
- Dzieńdobry za do widzenia.
- Wam za czytanie i komentowanie, co bardzo mnie mobilizowało, wspierało i motywowało.
Dziękuję.
Skończyło się jedno, by mogło zacząć się następne.
Ostatni raz, Wasze D&G
... i wrony.
W piątek usłyszałam:
- dobra G, ja biorę monitor i kości RAM - powiedział J.
Wręczyłam Cichemu filiżankę, którą regularnie mi podbierał, (bo bardzo dobrze mu się z niej piło. Nie dziwię się, bo mi też się dobrze z niej piło. Bo to moja ulubiona przecież). Na uszku filiżanki zawiązałam kokardkę, żeby było bardziej odświętnie. Przypominam, że Cichy jest również łasy na moje miejsce przy oknie. Usłyszałam zatem:
- G wzruszyłaś mnie tą filiżanką, ale muszę dodać, że na biurku to kokardki nie widzę...
Po sławnej rozmowie z Wielkim, powyższy Najwyższy podał mi rękę i powiedział:
- dzięki G. Cześć.
Pięć i pół roku. Trzy słowa. Jedno podanie ręki. Uśmiech półgębkiem. Warto było...
A Dzieńdobry? A Dzieńdobry, to nawet nie powiedziała do widzenia...
D&G
Wczoraj o 19 zadzwonił do mnie Wielki.
- słuchaj G, trochę mi głupio, nie chcę żebyś odchodziła, zostań - powiedział.
- ...
- dam ci temat na 1,5 miesiąca, a potem się zobaczy. Będzie praca.
- dlaczego nie możemy o tym porozmawiać w cztery oczy, tylko przez telefon? - spytałam, jak się otrząsnęłam ze zdziwienia. Rozwiązanie umowy trwało 5,5 sekundy, w sumie nowe zatrudnienie mogłoby odbyć się przez telefon lub via sms, np.
- no bo, booo, nie będę miał jutro czasu... - odpowiedział zapracowany Wielki Szu.
- nie znajdziesz 10 minut?
- no, 10 to może bym znalazł.
- ... - nie skomentowałam.
Dzisiaj. 16.35. Wielki wpada do pomieszczenia nr 1, gdzie zostałam tylko ja i Cichy.
- pogadamy? Mam akurat chwilę - zapytał.
- dobrze, przytaknęłam. I pomyślałam o tej chwili. Jakże cennej.
- ten, temat co byś go wzięła... - rozpoczął na wstępie.
- poczekaj - przerwałam mu - nie chcę tego tematu, ani żadnego innego. Podjęłam już decyzję, Odchodzę...
Zatkało go. A mi się zrobiło jakoś tak lżej.
D&G
- Cichy! Koniecznie musisz wyznaczyć mi otwory - K wymuszał na Cichym jakieś rozwiązanie w swoim temacie.
- a jak wiemy, Cichy lubi otwory - prowokuję.
- ale, że tak powiem, co? Drąży temat? - zapytał K z uśmiechem.
- dosłownie...
Idziemy na rybę. Ostatni raz w tym składzie.
- no szybko, zbieramy się! - nawołuje Cichy.
- muszę do toalety - mówię.
- to ja drugi! - wtrącił K.
- ale co dwójka?! - spytał Cichy oburzony.
- nie nie, my razem nie, każdy z osobna - dorzuciłam.
W tym czasie, gdy ustalaliśmy plan sikania, ktoś wszedł do kibla.
- ej co to ma znaczyć, ja miałam być pierwsza! Ktoś wszedł jako numer zero? - krzyknęłam.
- to tak zwany przedskoczek albo w tym przypadku przedsiczek... - wyjaśnił mi K.
U Pana Ryby jemy ryby, bo co innego. K wpakował sobie do buzi spory kawał, oczy wyszły mu na wierzch, zsinał i zaczął wypluwać kawałki halibuta. Odwróciliśmy głowy z zażenowaniem, bo nie wyglądało to dobrze. Chyba ostka gdzieś mu utkwiła. Zaczął mielić, cedzić i wyciągać je po kolei.
- co K, robisz przesiew? - pytam.
- chyba posiew - dorzucił J.
D&G
Ps. Wieczorem pożegnalna, zdam relację.
Dobra...
Mam taki zapierdol na koniec, że nie wiem od czego zacząć. Nie piszę, że nie wiem gdzie ręce włożyć, bo jak kiedyś powiedziałam tak na głos, to dostałam propozycję, że zawsze można do czyjegoś rozporka. Także o rękach nie będzie. O rozporkach też nie.
Siedzę w konferencyjnym od kilku dni i razem z Siotrą Szramy składamy dokumentację. Czasami zaglądam do chłopaków, żeby sprawdzić, czy ploter chodzi, a że jest chyba nie posmarowany, więc skrzeczy niemiłosiernie. Męczę ich tą szumnie nazwaną muzyką (nawet muzyka w Szulandii jest SZUmna...) od tygodnia po 8 godzin dziennie. Podczas jednej wizyty chłopaki sprawdzali ile wody jest w jakimś produkcie. Ziemniaki mają 69% wody, ogórek 92% itp.
- tyyy, nie uwierzysz! To zboże ma w sobie tyle wody co piwo! - wykrzyknął nagle K zdziwiony.
- ale zależy w jakim lokalu - odpowiedział spokojnie Cichy.
Idę do domu. Jutro ostatni dzień.
D&G
- wiesz K, w tej książce o Kapuścińskim, którą teraz czytam (A. Domosławski "Kapuściński non-fiction"), doszłam do fragmentu, gdzie Kapusta pojechał do Stanów i opisywał swoich nowych przyjaciół, że wciąż tam mówią o jedzeniu, o najlepszych knajpach, cały czas jedzą, a jak jedzą, to też mówią o jedzeniu. A gdzy skończą jeść, to mówią, że się przejedli, a potem mówią o odchudzaniu albo o tym, że muszą biegać. Bardzo mnie ten fragment rozbawił...
- to są też moi przyjaciele... - powiedział K.
D&G
Cichy mi opowiada, że ostatnio w domu mówi wciąż do Żony Cichego (czyli swojej):
- G to powiedziała, że..
- G wymyśliła, że...
- a G dzisiaj zrobiła tak, że...
I temu podobne cuda wianki.
A do tego jeszcze kilka dni temu poprosiłam go o przysługę o wyjazd do Miasta Seksu i Biznesu, w celu podrzucenia Mamie G jakichś dokumentów. Czyli, że biznes, nie seks, przypominam. Mama G, zadzwoniła do mnie na drugi dzień i mówi:
- ten twój kolega z pracy, to przystojny jest, możesz mu to powiedzieć.
- dobrze - odpowiedziałam i przekazałam Cichemu, że jest przystojny. Wg Mamy G, oczywiście. I zapomniałam o sprawie.
Cichy nie zapomniał, a nawet nie omieszkał pochwalić się tym faktem Żonie Cichego:
- a Mama G, to powiedziała, że jestem przystojny!
- no proszę, nawet teściowa zaakceptowała zięcia! - odpowiedziała Żona Cichego.
Żona Cichego, nie omieszkała przekazać tę informację Żonie K, podczas wspólnej wódeczki któregoś wieczora.
- a twój mąż mówi już do ciebie: "słuchaj, G..."? - spytała Żona K.
- nie! - odpowiedziała szybko Żona Cichego.
- łeee, to spoko. Bo mój do mnie mówi... - machnęła ręką Żona K.
- pozdrów Żonę Cichego - poprosiłam dzisiaj Cichego, jak wychodził z pracy i przełknęłam ślinę.
D&G
- wiem, czemu nie mówimy ostatnio o kupie! - powiedział Gaduła podnosząc dłoń.
- taaaaak? - dajemy mu zielone światło do kontynuacji.
- bo nie ma B!
Zdaliśmy B sprawozdanie odnośnie głupiego brązowego dowcipu sprzed weekendu. B nie mógł uwierzyć, ale potem powiedział:
- najpierw pomyślałem, że to ja w ramach zemsty, ale potem sobie przypomniałem, że byłem gdzie indziej tego wieczora. Więc to nie ja. Ale to mógłbym być ja...
Śmiejemy się. B dodał moralizatorsko:
- ale widzicie, odszedł od was Gówniany Anioł Stróż i ktoś wam narobił pod drzwiami!
Co prawda to prawda...
Wielkiemu Szu przypomniało się, że K miał urodziny. Do tej pory my mu przypominaliśmy, a teraz nie miał kto. Dzwoni do niego już po urodzinach i mówi:
- K wszystkiego najlepszego! Życzę ci dobrze płatnej pracy!
- ...
D&G
Ktoś w nocy obsrał nam schody w biurze. Ale nie, że wytarł podeszwę, bo wdepnął. Usmarował podstopnice, czyli na pionowo. Musiał się naprawdę wykazać, żeby tak wytrzeć nogę lub co gorsza postawić klocka (dosłownie). Aura unosi się na całej klatce, powodując obsrane miny nas wszystkich (znów dosłownie). Nazwaliśmy ją "brązową strefą" i staramy się nie otwierać drzwi. Po prostu niezły szit albo raczej rykoszit. Rysiu Rynkowski, gdy śpiewał o tym, że dziewczyny lubią brąz, to chyba nie miał namyśli TEGO brązu...
I jak mamy nie gadać o kupie, skoro kupa przyszła do nas? Niby w kupie siła, nie?
D&G
Dzisiaj znów mamy święto. K ochodzi urodziny. Profilaktycznie kilka dni temu poprosił mnie, żebyśmy już nie obchodzili urodzin w biurze, żeby nie mieć możliwości ściskać się z Dzieńdobry. Przystaliśmy na to z wielką ochotą i wymyśliliśmy, że urodziny K obejdziemy sobie podczas lanczu w którejś z knajpek. Oczywiście cała akcja pod hasłem "urodziny" odbywa się w wielkiej "tajemnicy". Czyli, że wszyscy się kręcą i robią zrzutę, podpisują kartkę urodzinową, itp., a jubilat udaje, że tego nie widzi, a podczas wręczania mówi, że się nie spodziewał. My z kolei udajemy, że nie widzimy, że on udaje. Jest w tym udawaniu jakaś urokliwość, bo to przecież z dobrego serca. Siedliśmy sobie w końcu pod parasolem i zamówiliśmy jadło. Chłopaki stwierdzili, że po małym piwie nie zaszkodzi.
- no to po maluchu - powiedział K, wychylił łyczka piwa i dodał - jak to powiedział rolnik, po włożeniu jąder do sieczkarni...
Śmialiśmy się, bo przecież K ma dzisiaj urodziny. To jego dzień.
Czekamy z wręczeniem prezentu na Gadułę. W końcu Cichy go dostrzega. Gaduła ma okulary przeciwsłoneczne i wygląda jak Don Johnson z serialu policjanci z miami.
- wygląda jak Sonny Crockett - powiedział J.
- chyba Sonny Krokiet - dodałam.
- albo Sorry Krokiet...
Nadeszła chwila składania życzeń.
- nie wiem, czego ci życzyć K - powiedział J - czy żebyś się rozwijał w tej firmie, czy żebyś się z niej zwijał...
D&G
Jakiś czas temu, wydarzyła się pewna rzecz, która nie może zostać pominięta. W sumie nie wiem, dlaczego jeszcze o tym nie napisałam. Otóż:
Tuż po przyjęciu Szramy do pracy, postanowił on (Szrama) zrobić męską imprezę zapoznawczą. Widocznie uznał, że z damską częścią biura zapoznawać się nie musi. Ale mniejsza. Było, minęło. Potem okazało się, że były to jego urodziny, ale wtedy żaden z imprezowiczów o tym nie wiedział. Chłopaki sobie popili dość mocno. Cichy przyjechał autem i dał się namówić na maluśkiego drinka. Szrama, znany ze swojej hojności (Wielki powinien się od niego uczyć), nalał mu tyle wódki, że Cichy, nie wiedział, gdzie dolać coli. Powrót autem okazał się niemożliwością. Nie zmartwiło to Cichego i skorzystał skwapliwie z hojności Szramy. Gdy przyszła pora na powrót do domu, Cichy, B i M postanowili wziąć jedną taksówkę, bo mieszkali w tej samej linii. Pierwszy miał wysiąść M, potem B i na końcu Cichy. Chłopaki, którym alkohol już intensywnie krążył w tętnicach, zapodali sobie temat wyskakiwania z samochodu, czy pociągu podzas jazdy. Jak na filmach sensacyjnych. Jak tajni agenci. Jak... Debatują już jakieś 5 minut, wciągając do rozmowy wesołego pana Taksówkarza.
- ciekawe, jak to robił James Bond? - zastanawia się na głos M - może mnie pan wyrzucić na rogu, bo ja już tutaj.
- to ja zwolnię, ale tylko trochę - powiedział pan Taksówkarz śmiejąc się. Po czym rzeczywiście zwolnił, ale tylko trochę. M wypiął się z pasów, otworzył drzwi i wyskoczył. Poturlał się po chodniku, wstał, otrzepał z kurzu i nie obracając się za siebie poszedł do domu. Pan taksówkarz, jak gdyby nigdy nic, zakręcił autem tak, żeby wciąż otwarte drzwi się zamknęły i pojechał dalej. Chłopaków zatkało. Pierwszy otrząsnął się Cichy:
- ale on nie zapłacił za taksę...
D&G
Dzieńdobry dzwoni do B. Na marginesie przypomnę tylko, że jesteśmy projektantami. Nieważne, czy dobrymi, czy złymi. Jesteśmy i już. Tak nas wykształcili rodzice. Howk.
- B, może poroznosisz ulotki za dwie stówy?
- ...
D&G
Cichy z Gadułą zoś zawzięcie dłubią. Gaduła pojękuje.
- dobra, dobra, jak masz wzdychać, to już wolę to sam zrobić - zaśmiał się Cichy. Od jakiegoś czasu używamy tego powiedzonka regularnie.
- ciekawe, czy to też się przekłada na seks - spytałam.
Wszyscy zacieszają, bo sobie wyobrażamy, jak to działa na tym polu. Nagle Cichy zastygł:
- ale jak odróżnić wzdychanie od pojękiwania?
- zauważyliście, że ostatnio więcej gadamy o seksie niż o kupie - powiedział Cichy.
- w końcu! Ta kupa już mnie męczy - odpowiedziałam nad wyraz radośnie.
- jak cię męczy, to idź do kibla - szybko zripostował Cichy.
- kurde, to właśnie jest tak, że jak człowiek coś powie, to już po wypowiedzeniu ostatniego słowa wie, że zostanie to wykorzystane przeciwko niemu... - dorzuciłam mlaskając - to jak rzucanie pereł przed wieprze.
- eee. Dzięki G - Cichy przestał się śmiać.
- nie gadamy o kupie, bo nie ma B - zakończył Gaduła.
Dogadujemy imprezę zakończeniową. Ustalamy datę. 8 lipca. Pożegnalna, ale wiadomo, że to pretekst do poniewierki. Jesteśmy radośni, niektórzy nawet za bardzo, aż mnie to zaskakuje.
- to co Cichy impreza?
- jasne. Nie mogę się już doczekać - powiedział radośnie. Zbyt radośnie. Wietrzę podstęp.
- chcesz się mnie pozbyć? - pytam.
- oczywiście! Czaję się na miejsce przy oknie. Ale najpierw tydzień żałoby.
- cały tydzień? - rece mi już opadły.
- nieee. Od poniedziałku do piątku, G...
- dzięki...
Gaduła miał ochotę na ciasto i wymyślił sobie, że skoro dziś są jego imieniny, to sobie je obejdzie. Raz w życiu, a co. Będzie pretekst na słodkie. Napatoczyła się Dzieńdobry, więc siedliśmy wszyscy razem. Trudno. J uroczyście postawił przed sobą kufel z wodą i czeka na kawałeczek przydziałowego torta. Dzieńdobry podjęła się pokrojenia go i powiedziała:
- o super. Dzięki za wodę, J. Gorąca? - po czym włożyła do kufla nóż do krojenia torta, nie czekając na odpowiedź J.
Mina J bezcenna. Za ciasto Gaduła zapłacił kartą mastercard.
- jak masz na drugie? - pytam Gaduły, naszego solenizanta.
- Roman.
- a czemu, tak? Rodzicom się podobało? Czy był inny powód? - spytała Dzieńdobry.
- po ojcu. U nas w rodzinie jest taka tradycja, że drugie jest po ojcu.
- u mnie też tak jest. Tzn. dziewczynki nie mają po ojcu, tylko po mamie - wtrąciłam.
- jakby u nas tak było, to też miałabym Roman po ojcu - powiedziała Dzieńdobry.
- w sumie ci pasuje - odpowiedział Gaduła.
- ale Roman kojarzy mi się z panem z wąsem - powiedziała Dzieńdobry niby się oburzając.
- no właśnie... - dorzuciłam.
- chyba muszę zmienić kosmetyczkę - powiedziała Dzieńdobry śmiejąc się.
- zacząłbym od mocniejszych żarówek w łazience - przepięknie zakończył J.
- ale mam kryzys... - powiedział Gaduła ziewając.
- ooo, godzinę później niż wczoraj - skomentowałam.
- ty, po prostu, ten kryzys... przespałeś - dodał Cichy.
D&G
Okazało się, że wczoraj się z Cichym nie zrozumieliśmy. Już wyjaśniam, dlaczego. Mianowicie, gdy znudziło mi się radio rzekłam:
- chłopaki znudziło mi się radio, nie chce mi się już słuchać Strzyczkowskiego, włączę coś ze swoich zbiorów?
- dobrze - odpowiedzieli zgodnie.
- na co macie... - zaczęłam. Muszę się trzymać faktów, więc przytaczam całą rozmowę jeszcze raz.
- na jego żonę - wtrącił szybko Cichy. I wiemy gdzie się schował.
- ochotę? - dodałam. I tutaj reszta się potoczyła jak poprzednio plus głupawka i walenie w lampy moje i Cichego. Tylko, że dzisiaj się wyjaśniło, że każde z nas waliło z innego powodu.
Po prostu wyszło szydło z wora, moi drodzy. Cichy nie miał ochoty na swoją żonę, niestety. Tutaj proszę żonę Cichego o wyrozumiałość w tej kwestii. Ale faceci tak mają i już.
Śmiejemy się z tej sytuacji.
- czyli, że mieć ochotę na swoją żonę jest źle? - pytam Cichego - ale wiedz, że twoja żona się się o tym dowie. Dzisiejszy wpis jej dedykuję. Zaglądnij, wiesz gdzie, a się przekonasz - dodałam mając na myśli bloga, ale nie mogąc tego powiedzieć na głos, bo obok siedział Gaduła, który nie jest wtajemniczony.
- zaglądnę żonie wszędzie - powiedział Cichy radośnie.
- do garów? - wtrącił Gaduła.
- nie rozmawiajmy o objętościach... - zakończył Cichy.
- chryste - tylko na tyle było mnie stać.
D&G
Trzy kichnięcia to nas seks.
Dwa kichnięcia to na autoseks.
Wg Cichego:
Dwa kichnięcia, w tym jedno bardzo długie - autoseks, a żona patrzy.
Robi się ciekawie.
D&G
Rozmawiam po pracy z panią sprzątaczką. Mówię, że teraz będzie nas mniej.
- jak to, pani G? - pyta pani Sprzątaczka.
- kryzys - odpowiadam.
- ale przecież pan Wielki Szu powiedział, że za dwa miesiące będzie super. To komu będzie super, pani G?
- panu Wielkiemu Szu... - uświadomiłam panią Sprzątaczkę.
Stwierdziliśmy dzisiaj zgodnie, że Wielki Szu jednak jest refleksyjny. Ale trochę w innym, kierunku, niż myśleliśmy.
Zdrowy kierunek to: gdy brakuje kawy, szef ją kupuje.
Niezdrowy kierunek (ten, którym podąża Wielki) to:
- czy jest kawa i gdzie jest? - spytał Wielki Szu dziś z rana.
- to jak w komunizmie - skomentował K - kto jest twoim idolem i dlaczego Stalin...
Czyli Wielki Szu nauczył się, że jak nie ma kawy, to my ją kupujemy. Szkoda było czasu na naukę.
- chłopaki radio mi się znudziło - powiedziałam - puszczę coś ze swoich zbiorów, co?
- dobrze - odpowiedzieli zgodnie.
- na co macie dzisiaj... - zaczęłam.
- na żonę! - wtrącił mi szybko Cichy i schował się za monitorem, licząc na to, że nie usłyszałam.
- ...ochotę? - dokończyłam - no Cichy, nie wnikam, nie wnikam... Ale wiedz, że twoja żona o tym dzisiaj przeczyta. Może będzie szansa.
K czyta jakiś artykuł z netu o przeklinaniu. Serwuje nam zestaw wiązanek i wylicza:
- najczęściej używa się słowa "kurwa" i "chuj". Potem "pierdolić".
- tak, tak, "kurwa" używa się najczęściej - dorzucił Cichy - bo przecież słowo "chuj" to już przekleństwo...
D&G
B przyszedł dzisiaj do biura, gdyż miał do omówienia pewne zaległe sprzawy z Wielkim. Zaległe sprawy, czyli że pensje. W sumie wszyscy mamy do omówienia zaległe sprawy z Wielkim. Stwierdziliśmy nawet, że w sumie dzięki Wielkiemu, odłożyliśmy sporo kasy - prawie po dwie pensje. Tylko, że na koncie z niskim oprocentowaniem. A tak naprawdę, to to oprocentowanie jest tak niskie, że wynosi 0,00% (słownie zero procent). A jak dodamy do tego, że wszyscy jedziemy w tej chwili na pożyczkach, długach i debetach, to ten sposób oszczędzania chyba się nie pyli. Ale ja nie o tym miałam.
Wchodzi B do biura.
- i tak wygląda człowiek szczęśliwy... - powiedział Cichy.
Przybiliśmy sobie piątki i B mówi na wstępie:
- wstaję sobie rano, a ja mam tak, że 15 minut po wstaniu mam sranie...
- musisz uważać, żeby nie przespać tego etapu - przerwał mu K - bo może być kiepsko.
- no... - śmieje się B - i muszę tak wycyrklować, żeby trafić, że moja Przyszła Narzeczona już pójdzie do pracy.
- dobrze, że przyszedłeś B - powiedziałam - bo, jeszcze nie zaczeliśmy gadać o kupie.
Śmiejemy się.
- te nasze gadki, to jak CAMERA CAFE - powiedział K.
- chyba CAMERA A FE - dodał J.
- co to jest? - pyta Nova dotykając domofonu - domofon?
- chyba sromofon - K popisał się elokwencją. Jak zwykle zresztą.
- nie wiem, gdzie chcesz się dodzwonić tym sromofonem K, ale jeśli tam, gdzie nazwa wskazuje... - dodałam - to słabo, nie?
- i co G, o której dziś wychodzisz? - pyta mnie B.
- a chyba się zerwę wcześniej z pracy - rzucam ze śmiechem.
- no no, bardzo dobrze. Trzeba nakraść roboczogodzin póki się da - jakże cenną radą życiową podzielił się ze mną B.
D&G
B i M właśnie wyszli z biura. I już nie wrócą. Po prostu wyszli. Wielkiego nie ma. Nie zainteresował się pożegniem.
Pewien etap się zakończył. Bezpowrotnie.
D&G
Z samego rana chłopaki siedzą sobie ładnie w biurze i pracują. Standardowo Gaduła z Cichym są od 7, K wyjątkowo przyszedł dzisiaj na 8, bo musi wyjść wcześniej z pracy. Cisza, spokój, poruszają sobie przeróżne tematy. Przeważnie sportowe. Gadają sobie od niechcenia, o tym, o tamtym. Na tapecie NBA. Pomiędzy omawianiem meczu i jednego z graczy, Gaduła wtrąca mimochodem:
- muszę iść dzisiaj oddać nasienie.
K i Cichy zastygli. Gaduła niewzruszony pociągnął temat, włącznie z przynoszeniem playboyów do kabiny i hardkorowych pornolków, dzięki którym jego kolega oddał całe wiadro. K i Cichy nie byli w stanie się poruszyć. Jednak są tematy, które rażą męskie towarzystwo.
- G!!!!!!!!!!!! - jak tylko Gaduła opuścił nasze pomieszczenie K i Cichy natychmiast mnie zawołali.
- taaaak? - pytam, bo widzę, że coś się święci.
- Gaduła idzie dzisiaj oddać spermę! - wykrzyknęli jednocześnie.
- o matko, skąd wiecie? - zaskoczyli mnie. Zamrugałam oczami z niedowierzaniem.
- powiedział nam - odpowiedzieli mi naprawdę wzburzeni.
- to sie wywnętrznił, jak zwykle - mówię lekko zdziwiona - ale w sumie to mógł sobie podarować, mimo, że to normalne badanie. Trochę za intymnie, nie? Cholera, pojechał.
- nie! To obrzydliwe! - powiedział Cichy, potrząsając głową - teraz sobie wyobrażam, jak wali sobie gruchę. Fuj!
- masakra, też to widzę, niestety - dodał K.
- eeee. No, niefajnie. Chociaż cały dzień dzisiaj kichał po dwa razy, jednak się sprawdza - mówię. Minę mam lekko obsraną. Wyobraźnia pracuje na pełnych obrotach, niestety.
- Boże... - skomentował Cichy.
- a'propos oddawania, to kiedy idziemy oddać krew? - podpuszczam Cichego.
- najpierw pójdę z Gadułą oddać nasienie - odpowiedział radośnie.
- a, to ja z wami nie mogę - śmieję się.
- możesz, możesz, G... - wtrącił K.
D&G
Robimy sobie kawę. Oficjalnie, nie kryjąc się, bo to zakupiona przez firmę córkę Wielkiego. Nasza wciąż pod kreską.
- wiecie, czytałam gdzieś, że mleka nie wolno zagotować - mądrzę się.
- taaak? A dlaczego? - zaciekawił się J.
- bo traci naturalną słodycz.
- aha.
- e tam i tak wg mnie najlepsze jest mleko z cycka - wtrącił K.
Nastąpiła cisza. Nawet nie, że krępująca. Ale taka podszyta niesmakiem i lekkim szokiem. A K w tym czasie, nie zwracając na nas uwagi robił sobie kanapeczkę. Zauważył, że wszyscy patrzymy wyczekująco.
- oj co, miałem na myśli cycek krowi - dodał.
Naprawdę, odetchnęliśmy...
D&G
Siedzimy u Pana Ryby:
- nie kupuję hamaka K - powiedziałam do K.
- jak to? Mieliśmy kupić razem! - odpowiedział zmartwiony.
- będę na bezrobociu, może jak kryzys minie - pocieszam jego i siebie. Siebie chyba bardziej - liczy się każda stówa. A ten hamak to pięć stów, jakby nie było.
- no, ja G rozumiem - powiedziała żona J - kupi hamak, a potem będzie musiała oszczędzać.
- a w sumie masz rację. I nigdzie nie pójdzie, np. na kolację do Porto Grande - powiedział K ze zrozumieniem. Porto Grande to jeden z lokali w naszym mieście, gdzie spotykamy się na cokwartalnych spotkaniach byłych i obecnych pracowników biura.
- a tak kupi sobie porto i włączy nową płytę Brodki - Grandę i będzie miała Porto Grande w hamaku - dorzucił J.
Gadule leci krew z nosa.
- poskacz na piętach - radzi mu B.
- co? - pyta zdziwiony Gaduła, wpychając sobie jednocześnie bezcenny papier toaletowy do nosa. A wiemy, że on nie jest do nosa, przecież. Papier, nie Gaduła.
- no. Jak upadłem kiedyś na jaja, to tak mi poradzili, żebym poskakał na piętach - ciągnie B.
- upadłeś na jaja? - dopytuję.
- szedłem po płocie i wiesz co się stało. Ale wtedy człowiek nie myśli o tym, żeby pochodzić na piętach. Kurde, tylko dwa razy w życiu tak się czułem, w tym raz jak się rodziłem... - wywnętrznił się B.
D&G
Zaspałam. Zrywam się z łóżka, lecę pod prysznic, nogą robię makijaż, czyli jak to mówi moja koleżanka - maluję pyska i biegam po chacie. Wtem (uwielbiam słowo "wtem" - kojarzy mi się z Tytusem, Romkiem i Atomkiem. Zawsze chciałam go gdzieś użyć, ale nie było okazji, a tu proszę, jest) uświadomiłam sobie, że przecież jestem zwolniona. Czyli Wielki Szu nie może mnie już bardziej zwolnić, co nie? Albo zwolnić drugi raz, np.? W związku z powyższym się wyluzowałam i spóźniłam się bardziej. Bo w przeciwieństwie do zwolnienia, spóźnić można się bardziej. I jeszcze bardziej. I jeszcze...
D&G
Tak sobie myślę, że powiedzenie komuś, że nie ma dla niego więcej pracy, jest w Szulandii wprost proporcojnalne do stażu pracy oraz rangi stanowiska. W moim przypadku rozmowa z Wielkim Szu (w jego gabinecie) trwała 5,5 sekundy, czyli dokładnie tyle sekund, ile lat przepracowałam. Dzielę się swoimi przemyśleniami z B w socjalu:
- tyyy masz rację! Mnie złapał przy kserze. Poświęcił mi 2 sekundy...
Dzisiaj w Trójce w audycji "co w mowie piszczy" wyjaśniano pojęcie słowa "SZUja". Coż za idealne wstrzelenie się w klimat.
D&G
- chciałem wam podziekować za reklamę książki Larssona - powiedział z wielkim wyrzutem Cichy. Słowa te, skierowane były do mnie i do K - nie mam teraz żony wieczorami. Czyta i czyta.
- aaaaa, Millenium? No tak, jest książka i dupa teraz - śmieję się.
- dupy właśnie nie ma - mlasnął Cichy.
- ale kichasz wciąż po dwa razy - mówię - ewidentnie na autoseks. Renia i już. Lecisz.
- nie znam żadnej Renaty - broni się Cichy.
- myślę, że znasz dwie i to nie tylko z widzenia - ciągnę.
- przeceniasz moje możliwości - zaśmiał się Cichy i powiedział po krótkiej chwili - a analogicznie to będzie Tomcio?
- Tomcio? - pytam szczerze zdziwona - nie rozumiem.
- Tomcio Paluch.
- Boże...
Cichy macha przed nosem Gadule dwoma listkami papieru toaletowego.
- czy ty wiesz, co to jest? - pyta.
- srajtaśma? - spróbował Gaduła.
- to oznacza, że zaplanowałem sobie dzisiaj w pracy małą kupę.
Gaduła przyszedł wczoraj do pracy w sandałach i skarpetach. Zaczęła się tyra.
- masz sandacze i skarpy? - spytałałam oburzona - jesteś jak statystyczny Polak. Teraz musisz koniecznie jechać tak ubrany do Hiszpanii.
- powinien mieć jeszcze krótkie spodenki - dorzucił B - bo w długich gorzej widać.
- gdybym wiedział, że masz skarpy w sandałach, zwolniłbym się - powiedział dzisiaj Cichy.
- oj co, ja nie lubię bez skarpet, czuję się nagi - złapał się za piersi Gaduła, uginając przy tym nogi do wewnątrz w geście wstydu.
- a w domu przed żoną też występujesz tylko w skarpetach, czy jak? - spytał J.
- chłopaki widziałam się wczoraj z M na wylocie i ona mi opowiedziała nieśmieszny wg niej dowcip z wesela. Chcecie? - pytam przy kawie. Rozpuszczalnej, bo ta od D się skończyła, niestety. Ale na bezkawiu i rozpuszczała kawą.
- dawaj - powiedzieli ochoczo.
- to tak:
Na balu przebierańców jedna babka ubrała się cała na biało. Calutka. Włącznie z pomalowaną na biało twarzą, włosami i rękoma.
- za co się pani przebrała? - spytał ja kolega.
- za dziurę w zębie - odpowiedziała pani i podniosła nogę do góry.
J rechocze. A Gaduła krzyczy:
- ja mam, ja mam świetny w podobnym klimacie!
- no dobrze, to powiedz - mówię.
- to tak:
Jasiu w przedszkolu na balu przebierańców przyszedł ubrany i pomalowany cały na czerwono.
- za co się przebrałeś Jasiu? - pyta się go pani przedszkolanka.
A Jasiu nacisnął policzki, w których miał masło i powiedział:
- za pryszcza.
J rechocze. Ja zrobiłam taką obsraną minę, że E obsrana mina by się zawstydziła. Gaduła się tak zanosi, że szyba w socjalu się trzęsie. Nie ma to jak śmiać się z własnych żartów.
- wiedziałem, że zrobisz taką minę - powiedział przez łzy.
- to wystrzeliłeś stary - dodał J - powiedziałbym nawet, że wywołałeś eksplozję... śmiechu.
D&G
- ale jestem głupi - powiedział Cichy z samego rana.
- tak, to wiemy, ale rozwiń - przytaknęłam radośnie.
- dzięki, G. Przeczytałam wczoraj całe archiwum bloga - kontynuował Cichy - i spojrzałem na siebie z boku.
Cichy został w nagrodę za tę kawę wygrzebaną wtajemniczony w misję "odponiedzialkudopiatku". I zawalił nockę nadrabiając zaległości w czytaniu. Jakby nie było 2,5 roku. Szmat czasu. Ech...
- i jak się z tym czujesz? - spytałam.
- kurwa... - skomentował.
- e tam, jesteś w porządku - powiedziałam, bo uważam, że Cichy jest w porządku - poza tym się nie odzywasz, ale jak coś powiesz, to perełka. No chyba, że mówisz o kupie.
- wtedy to jest czarna perełka - dorzucił J z drugiego pomieszczenia.
- a nie brązowa? - sprostowałam.
- jakby się jagód najadł, byłaby czarna... - wyjaśnił mi J.
Czyli reasumując Cichy jest w porządku.
D&G
Pijemy sobie wczoraj tę kawę z D. Chłopaki jak zwykle poruszyli temat kupy i mycia zimną wodą dup starych ludzi. Nie zwracając na nich uwagi gadam z D i mieszam sobie w filiżance. Zagarniam spienione mleko łyżeczką i przymykam oczy z rozkoszy. J wybił mnie ze stanu przyjemnego odrętwienia:
- i co? Dokopałaś się już do brązowego?
- jesteś obrzydliwy...
W weekend w naszym mieście były potworne korki, rzekłabym nawet, że nastąpił paraliż komunikacyjny. Komentujemy, kto ile stał w korku, gdzie i jak bardzo był zły.
- najbardziej mnie wkurza, jak ci ludzie stoją i nie wiedzą, że na skrzyżowaniu, to nie światła, ale policjant jest najważniejszy - powiedział M z oburzeniem.
- przecież to Polska jest najważniejsza - wtrąciłam.
- zaraz po PIS - dorzucił szybko M.
- dzie... - wspiął się na wyżyny Cichy.
- i Wielki będzie w ramach oszczędności benzyny jeździł na spotkania quadem - powiedział J.
- ma sprzedać quada, jak będzie ciężko - dodałam - tylko nie wiem, czy jemu, czy nam.
- a ze sprzedaży quada będzie miał wQUAD własny - zakończył J.
Pijemy kawę dzisiaj rano. Szrama zasypał odpoiwednią ilość porcji. Okazało się, że jest o kilkanaście ziaren nadmiaru. Akurat podczas picia kawy do socjalu wszedł Wielki. Rzucił spojrzeniem po wszystkich filiżankach i nic nie mówiąc, wycofał się z pomieszczenia. Niespiesznie rozeszliśmy się do swoich komputerów. Cichy biegnie do mnie z maluśkim papierowym zawiniątkiem. Zaglądam do środka, a tam ziarenka kawy. Wydłubał wszystkie, co do jednego, żeby nic nie zostało dla Wielkiego. Się zrymowało ładnie. Taka ze mnie naszo ludowo poetko, hej!
- nie mogłem znieść, że się zmarnuje - powiedział.
W porządku jest ten Cichy, naprawdę.
Po południu Wielki i Nova kręcą się w socjalu.
- nie ma kawy? - pyta Nova, której nie było ze dwa tygodnie w pracy, to ma prawo nie wiedzieć, że jest.
- chyba nie ma - bąknął Szu - robię sobie właśnie sypaną.
- papieru też nie ma - dodała Nova - chyba trzeba kupić?
- papier trzeba kupić, ale kawy to raczej nie... - powiedział Najhojniejszy z Hojnych.
A'propos papieru, to mamy dwie rolki. Wczorajszą od D i dzisiejszą przyniesioną przez Gadułę. Podzieliliśmy po jednej na pomieszczenie, tak żeby nie wieszać żadnej w kiblu. Bo tutaj, moi drodzy, chodzi o zasady, a raczej ich brak. Zapewnienie jakiegokolwiek zaplecza sanitarnego. Ale wracając do tego jakże ważnego tematu:
- chłopaki jest papier? - pytam wchodząc do pomieszczenia nr 2. W tym momencie M się zerwał, żeby mi wręczyć kilka listków becennej taśmy.
- A-4 mi chodziło. Taki do drukowania - dopowiedziałam - nie wszystko musi być zorientowane na kupę, panowie.
- łeeee, takiego do drukowania, to nie ma - mlasnął M - ale srajtaśmy mamy dwie rolki!
W porze pokawia wchodzi do nas B i zaczyna standardowym pytaniem:
- macie coś słodkiego?
- kompot z czereśni - zachwalam wyrób mamy G.
- ale nie chrupie jak princepolo? - kontynuuje B.
- no nie.
- a'propos chrupania, mój kolega jest lekarzem. I kiedyś na jego dyżur przywieźli dziadka z wielkim brzuchem. I ten dziadek nie mógł się wysrać. Oni go na stół, rozcieli mu jelita, a tam pestki od śliwek. Zatkało mu wszystko.
- o kurde - wtrąciłam.
- ktoś mu powiedział, że śliwki są dobre na wypróżnianie i on zeżarł kilogram suszonych z pestkami. I jak one chrupały w tych jelitach, no mówię wam.
Wszyscy mamy obsrane miny. Adekwatnie do poruszanego tematu. Ja nawet przewracam oczami.
- no tak właśnie jak już mówimy o chrupaniu, to opierdoliłbym sobie princepolo... - zakończył B.
- kupiłem cichy odkurzacz - powiedział Cichy.
- no, to jest luksus - dorzucił K.
- a stary głośny oddałem teściowej, niech ma za swoje.
D&G
Dzisiaj odwiedziła nas D i przyniosła prezenta. A mianowicie kawę, niebylejaką bo lawazzę (dawno, dawno temu też taką piliśmy w biurze), mleko i papier toaletowy. Podstawowy asortyment pracownika. Od razu trzasnęliśmy sobie wszyscy po małej czarnej lub dużej białej i nawet D też poczęstowaliśmy. A co, niech wie, że gość w dom, to Bóg w dom. O gościnności polskiej piszą w książkach przecież...
Aha i jeszcze jeden detal:
Wielki Szu rozwiązał umowy ze mną, z B i z M. Ze starej gwardii na polu walki zostanie K i J. Nova, Szrama, Gaduła i Cichy będą ich wspierać. A my w związku z tym będziemy się widywać do 11 lipca.
D&G
Wielki przyszedł do biura zadowolony, pierdolnął sobie podwójne espresso z mlekiem i wyszedł. Kolejny dzień bez inwestycji w pracowników uważam za udany.
- kurwa, całkowicie straciliśmy czujność z tą kawą - powiedział Cichy z niesmakiem.
D&G
Ps. Aha, po przyciśnięciu przez B, Wielki stwierdził, że pensje za maj może będą za 5 tyg., a może później. Może...
Nie pamiętam, czy o tym pisałam (nie chce mi się sprawdzać, taki leniuszek ze mnie), że kiedyś K i ja zakupiliśmy do pracy kalendarz ścienny z datą na każdy dzień, taki bloczek, co to u babci wisiał i się zrywało codziennie z niego kartki i była z tego super zabawa, bo na odwrocie były jakieś mądrości, śmieszności, różności... No i my ten kalendarz przykleiliśmy w socjalu pod mikrofalą. Użyliśmy do tego super dizajnerskiej taśmy malarskiej w kolorze żółtym. Wygląda cudnie. Umówiliśmy się, że kto pierwszy przychodzi do biura, ma radość zerwania kartki i przeczytania na odwrocie mądrości ludowej. Potem się okazało, że to głupi pomysł, bo Cichy jest w pracy codziennie ok. 7 rano, co minimalizuje szanse pozostałych do zera. Zrywa, zatem ten, kto sobie przypomni. Mądrości na odwrocie są chyba z późnych lat 80, a przynajmniej nie były od tego czasu aktaualizowane, bo żarty są z brodą i nieśmieszne (niczym żarty K), a dobre rady z cyklu "wiosna na działce" też średnio. Ale przecież to nie jest ważne, liczy się radość zrywania i czytania. Taki powrót do dzieciństwa.
Dzisiaj z rana wpadam do socjalnego i łapię za kartkę. Zerwana. Dupa. Ale patrzę, ktoś zostawił ją na blacie dla reszty. Czyli, że coś fajnego musi być. Czytam na głos:
- seks po porodzie.
Gwar zagłuszył co powiedziałam i B pyta:
- stek w miodzie?
- seks po porodzie. Przeczytać? - pytam - możemy pójść twoim tropem B i pozamieniać głównego bohatera. To będzie tak: stek w miodzie nie może być za suchy. Powinien być dobrze nawilżony...
Chłopaki zrobili dziwne miny, Cichy złapał się za głowę, a B dopowiada:
- nie może też być za krwisty.
- nie robić za długich nacięć - kontynuję.
Cichy otrząsnął się z niesmakiem i dorzucił:
- dość. Wyobraziłem sobie już ten stek.
Wielki wrócił z Warszawy. Trudno się mówi i żyje się dalej. Przywitał się ze wszystkimi i leci do socjalu. Włącza ekspres i robi sobie kawę. A dobrze wie, że nie ma kawy od ponad tygodnia i raczej nie powinien się spodziewać czarnego ziarna w ekpresie, a jednak wciąż próbuje. Bo może znów kupimy? I kolejny dzień bez wydawania pieniędzy na pracowników zleci. Luzik. No i tym razem się udało, Wielki wyszedł z parująca filiżaneczką czarnuszki i popędził do siebie. Bardzo lubi z mlekiem, ale pracownicy nie zapewnili, niedobrzy pracownicy, niedobrzy...
- ktoś wsypał za dużo? - pytam z niesmakiem Cichego na gadu.
- wykorzystał nieuwagę - odpisuje - ale nie martw się, było naplute.
- a to spoko. Zero refleksji w tym człowieku - ciągnę.
- po kawie go przyciśnie i się zreflektuje w kiblu - odpisał mi Cichy.
Jak wiemy papieru wciąż nie ma. Radzimy sobie, jak możemy. W sumie ciekawi mnie przełamanie granicy psychologicznej. Mianowicie podcierania się "na araba". Lewa ręka i jazda. Kto pierwszy? Czy aby na pewno ten lepszy?
- ale mam kryzys - opieram głowę o blat i prawie zsypiam.
- wieku średniego? - spytał Cichy.
J kręci się wokół mnie, niczym sęp nad padliną. Brałam prysznic z rana, więc na pewno nie śmierdzę. Czekam, co zamierza.
- wysrałbym się - powiedział w końcu w zamyśleniu - ale, jak wiemy, nie mogę...
Na szczęście rozchodził. Tym razem kryzys zażegnany. Zresztą znane staropolskie przysłowie głosi: "prawdziwy gospodarz niesie zawsze kupkę do domu". Howk!
D&G