odponiedzialkudopiatku blog

Twój nowy blog

Grafomania (z greckiego: „gráphein” – rysować, pisać i „mania” – szaleństwo), patologiczny przymus pisania utworów literackich. Określenie o wydźwięku pejoratywnym.
W większości wypadków pojęcie to dotyczy natręctwa pisarskiego występującego u osób, o których sądzi się, że nie mają odpowiedniego talentu. Jednak grafomania nie musi wiązać się z brakiem predyspozycji pisarskich, może wynikać z rozmijania się z percepcją sztuki i literatury właściwej dla danej epoki. Grafomania jest bardziej zauważalna u autorów, którzy łączą przymus pisania z dążeniem do upowszechniania swoich utworów, mimo negatywnej oceny ich poziomu artystycznego.

Jestem, jestem! Żyję, wierzgam i kopię. Nie skapcaniałam doszczętnie, chociaż obuwiem pracowym są teraz japonki założone na skarpetki (piękne połączenie, wiem, ale ciągnie po nogach, jak tak sobie siedzę przy kompie), co powoduje że szpyty wyglądają jak u żółwia ninja.
Zgodnie z definicją Wiki jestem uzależniona od pisania i upowszechniania swoich „utworów”. Uzależnienia są ciężkie do wyleczenia, niestety. Nie da rady ciągnąć czegoś, co się zakończyło, ale da radę rozpocząć nowe.
Wgodzinachpracy nie jest kontynuacją, bo tę prowadzi Cichy na swoim blogu, dla którego nie zamierzam być konkurencją. Jest za to nowym etapem w moim życiu.

Bo życie po Wielkim Szu istnieje… Czasami jest śmiesznie, czasami mniej. Ale jest.

D&G

Speszyl fenks dla:

- D za wsparcie. Wirtualne, ale było.
- Chłopakom za inspiracje do pisania.
- Wielkiemu Szu za wszystko co dobre i co złe.
- Dzieńdobry za do widzenia.
- Wam za czytanie i komentowanie, co bardzo mnie mobilizowało, wspierało i motywowało.

Dziękuję.

Skończyło się jedno, by mogło zacząć się następne.

Ostatni raz, Wasze D&G

… i wrony.

W piątek usłyszałam:
- dobra G, ja biorę monitor i kości RAM – powiedział J.

Wręczyłam Cichemu filiżankę, którą regularnie mi podbierał, (bo bardzo dobrze mu się z niej piło. Nie dziwię się, bo mi też się dobrze z niej piło. Bo to moja ulubiona przecież). Na uszku filiżanki zawiązałam kokardkę, żeby było bardziej odświętnie. Przypominam, że Cichy jest również łasy na moje miejsce przy oknie. Usłyszałam zatem:
- G wzruszyłaś mnie tą filiżanką, ale muszę dodać, że na biurku to kokardki nie widzę…

Po sławnej rozmowie z Wielkim, powyższy Najwyższy podał mi rękę i powiedział:
- dzięki G. Cześć.
Pięć i pół roku. Trzy słowa. Jedno podanie ręki. Uśmiech półgębkiem. Warto było…

A Dzieńdobry? A Dzieńdobry, to nawet nie powiedziała do widzenia…

D&G

Wczoraj o 19 zadzwonił do mnie Wielki.
- słuchaj G, trochę mi głupio, nie chcę żebyś odchodziła, zostań – powiedział.
- …
- dam ci temat na 1,5 miesiąca, a potem się zobaczy. Będzie praca.
- dlaczego nie możemy o tym porozmawiać w cztery oczy, tylko przez telefon? – spytałam, jak się otrząsnęłam ze zdziwienia. Rozwiązanie umowy trwało 5,5 sekundy, w sumie nowe zatrudnienie mogłoby odbyć się przez telefon lub via sms, np.
- no bo, booo, nie będę miał jutro czasu… – odpowiedział zapracowany Wielki Szu.
- nie znajdziesz 10 minut?
- no, 10 to może bym znalazł.
- … – nie skomentowałam.

Dzisiaj. 16.35. Wielki wpada do pomieszczenia nr 1, gdzie zostałam tylko ja i Cichy.
- pogadamy? Mam akurat chwilę – zapytał.
- dobrze, przytaknęłam. I pomyślałam o tej chwili. Jakże cennej.
- ten, temat co byś go wzięła… – rozpoczął na wstępie.
- poczekaj – przerwałam mu – nie chcę tego tematu, ani żadnego innego. Podjęłam już decyzję, Odchodzę…

Zatkało go. A mi się zrobiło jakoś tak lżej.

D&G

- Cichy! Koniecznie musisz wyznaczyć mi otwory – K wymuszał na Cichym jakieś rozwiązanie w swoim temacie.
- a jak wiemy, Cichy lubi otwory – prowokuję.
- ale, że tak powiem, co? Drąży temat? – zapytał K z uśmiechem.
- dosłownie…

Idziemy na rybę. Ostatni raz w tym składzie.
- no szybko, zbieramy się! – nawołuje Cichy.
- muszę do toalety – mówię.
- to ja drugi! – wtrącił K.
- ale co dwójka?! – spytał Cichy oburzony.
- nie nie, my razem nie, każdy z osobna – dorzuciłam.
W tym czasie, gdy ustalaliśmy plan sikania, ktoś wszedł do kibla.
- ej co to ma znaczyć, ja miałam być pierwsza! Ktoś wszedł jako numer zero? – krzyknęłam.
- to tak zwany przedskoczek albo w tym przypadku przedsiczek… – wyjaśnił mi K.

U Pana Ryby jemy ryby, bo co innego. K wpakował sobie do buzi spory kawał, oczy wyszły mu na wierzch, zsinał i zaczął wypluwać kawałki halibuta. Odwróciliśmy głowy z zażenowaniem, bo nie wyglądało to dobrze. Chyba ostka gdzieś mu utkwiła. Zaczął mielić, cedzić i wyciągać je po kolei.
- co K, robisz przesiew? – pytam.
- chyba posiew – dorzucił J.

D&G

Ps. Wieczorem pożegnalna, zdam relację.

O piwie

1 komentarz

Dobra…
Mam taki zapierdol na koniec, że nie wiem od czego zacząć. Nie piszę, że nie wiem gdzie ręce włożyć, bo jak kiedyś powiedziałam tak na głos, to dostałam propozycję, że zawsze można do czyjegoś rozporka. Także o rękach nie będzie. O rozporkach też nie.
Siedzę w konferencyjnym od kilku dni i razem z Siotrą Szramy składamy dokumentację. Czasami zaglądam do chłopaków, żeby sprawdzić, czy ploter chodzi, a że jest chyba nie posmarowany, więc skrzeczy niemiłosiernie. Męczę ich tą szumnie nazwaną muzyką (nawet muzyka w Szulandii jest SZUmna…) od tygodnia po 8 godzin dziennie. Podczas jednej wizyty chłopaki sprawdzali ile wody jest w jakimś produkcie. Ziemniaki mają 69% wody, ogórek 92% itp.
- tyyy, nie uwierzysz! To zboże ma w sobie tyle wody co piwo! – wykrzyknął nagle K zdziwiony.
- ale zależy w jakim lokalu – odpowiedział spokojnie Cichy.

Idę do domu. Jutro ostatni dzień.

D&G

- wiesz K, w tej książce o Kapuścińskim, którą teraz czytam (A. Domosławski „Kapuściński non-fiction”), doszłam do fragmentu, gdzie Kapusta pojechał do Stanów i opisywał swoich nowych przyjaciół, że wciąż tam mówią o jedzeniu, o najlepszych knajpach, cały czas jedzą, a jak jedzą, to też mówią o jedzeniu. A gdzy skończą jeść, to mówią, że się przejedli, a potem mówią o odchudzaniu albo o tym, że muszą biegać. Bardzo mnie ten fragment rozbawił…
- to są też moi przyjaciele… – powiedział K.

D&G

Cichy mi opowiada, że ostatnio w domu mówi wciąż do Żony Cichego (czyli swojej):
- G to powiedziała, że..
- G wymyśliła, że…
- a G dzisiaj zrobiła tak, że…
I temu podobne cuda wianki.

A do tego jeszcze kilka dni temu poprosiłam go o przysługę o wyjazd do Miasta Seksu i Biznesu, w celu podrzucenia Mamie G jakichś dokumentów. Czyli, że biznes, nie seks, przypominam. Mama G, zadzwoniła do mnie na drugi dzień i mówi:
- ten twój kolega z pracy, to przystojny jest, możesz mu to powiedzieć.
- dobrze - odpowiedziałam i przekazałam Cichemu, że jest przystojny. Wg Mamy G, oczywiście. I zapomniałam o sprawie.

Cichy nie zapomniał, a nawet nie omieszkał pochwalić się tym faktem Żonie Cichego:
- a Mama G, to powiedziała, że jestem przystojny!
- no proszę, nawet teściowa zaakceptowała zięcia! – odpowiedziała Żona Cichego.

Żona Cichego, nie omieszkała przekazać tę informację Żonie K, podczas wspólnej wódeczki któregoś wieczora.
- a twój mąż mówi już do ciebie: „słuchaj, G…”? – spytała Żona K.
- nie! – odpowiedziała szybko Żona Cichego.
- łeee, to spoko. Bo mój do mnie mówi… – machnęła ręką Żona K.

- pozdrów Żonę Cichego - poprosiłam dzisiaj Cichego, jak wychodził z pracy i przełknęłam ślinę.

D&G

O aniołach

1 komentarz

- wiem, czemu nie mówimy ostatnio o kupie! – powiedział Gaduła podnosząc dłoń.
- taaaaak? – dajemy mu zielone światło do kontynuacji.
- bo nie ma B!

Zdaliśmy B sprawozdanie odnośnie głupiego brązowego dowcipu sprzed weekendu. B nie mógł uwierzyć, ale potem powiedział:
- najpierw pomyślałem, że to ja w ramach zemsty, ale potem sobie przypomniałem, że byłem gdzie indziej tego wieczora. Więc to nie ja. Ale to mógłbym być ja…
Śmiejemy się. B dodał moralizatorsko:
- ale widzicie, odszedł od was Gówniany Anioł Stróż i ktoś wam narobił pod drzwiami!
Co prawda to prawda…

Wielkiemu Szu przypomniało się, że K miał urodziny. Do tej pory my mu przypominaliśmy, a teraz nie miał kto. Dzwoni do niego już po urodzinach i mówi:
- K wszystkiego najlepszego! Życzę ci dobrze płatnej pracy!
- …

D&G

Ktoś w nocy obsrał nam schody w biurze. Ale nie, że wytarł podeszwę, bo wdepnął. Usmarował podstopnice, czyli na pionowo. Musiał się naprawdę wykazać, żeby tak wytrzeć nogę lub co gorsza postawić klocka (dosłownie). Aura unosi się na całej klatce, powodując obsrane miny nas wszystkich (znów dosłownie). Nazwaliśmy ją „brązową strefą” i staramy się nie otwierać drzwi. Po prostu niezły szit albo raczej rykoszit. Rysiu Rynkowski, gdy śpiewał o tym, że dziewczyny lubią brąz, to chyba nie miał namyśli TEGO brązu…

I jak mamy nie gadać o kupie, skoro kupa przyszła do nas? Niby w kupie siła, nie?

D&G


  • RSS